Ilekroć, w okresie letnim widzę na straganach żółtą fasolkę szparagową lub
przygotowuję ją do konsumpcji, przypominam sobie pewne upalne lato kiedy to we wrocławskim mieszkaniu na Kościuszki, wraz z Łukaszem Kubickim,
przygotowywaliśmy wielki obiad fasolowy dla sporej grupy gości. Fasolka zjechała chyba z jakiejś działki od znajomej - w chorej ilości. Nasze zadanie polegało na obcięciu jej końcówek przed gotowaniem. Nie szło nam to raczej i Kubicki wpadł na pomysł, żeby te końcówki po prostu poobgryzać. Braliśmy więc po fasolce do ust i obgryzaliśmy jedną i drugą stronę, końcówki gromadziliśmy w buzi i kiedy już mieliśmy pełne policzki wypluwaliśmy wszystko do kosza. Tym sposobem zabawa zaczynała się od nowa.
Bardzo to miłe wspomnienie i niesamowite, że wraca zawsze kiedy widzę żółtą fasolkę :)
Podobnie ma się rzecz w przypadku kiedy spotykam na swojej drodze zdechłego gołębia.
Podczas pobytu w Nowym Jorku spotkaliśmy kiedyś z
Uzarem wielkiego zdechłego szczura na środku chodnika; w tym samym miejscu następnego dnia był już tylko jego kontur narysowany sprayem (coś w stylu jak oznacza się pozycję trupa w miejscu wypadku). Przyszło nam do głowy, że moglibyśmy w ten sam sposób odrysowywać zdechłe gołębie we Wrocławiu. Jednakże po powrocie i przez kolejnych 10 miesięcy mojego pobytu we
Wro nie spotkaliśmy na naszej drodze chyba żadnego zdechłego ptaka.
Natomiast kiedy tylko przeniosłam się do
Waw, czyli dobrych parę lat temu, zdechłe gołębie widuję dość często. Zawsze wtedy przypomina mi się
Uzar :D
Filmik by WX






















Były to czasy gorzkich pigułek, wielu nieprzespanych nocy i dni, wszechobecnych oparów marihuany, nalewki za 5,50 pt. "Gul porzeczkowy", tanich piw "Rycerskie mocne" i kościuszkowego bimbru.
Zdjęcia z 2003 roku, robiły je różne osoby.
Wartość stricte pamiątkowa dla wtajemniczonych.